Namiot na drzewie

Lut
1

Każdy z was chciałby pewnie spędzić noc w środku lasu, a tym bardziej na drzewie.Ktoś wymyślił sobie jak może taki nocleg być wygodny i przyjemny. Mianowicie zaprojektował i zbudował namiot, który spełnia rolę domu na drzewie. Dostrzegam tu pewien problem związany z transportem czegoś takiego, aczkolwiek warto zobaczyć jacy ludzie są pomysłowi.

http://laughterizer.weebly.com/1/post/2013/01/tree-tents.html

Czas goni

Sty
18

Od jakiegoś czasu nie aktualizowałem już strony, co bynajmniej nie oznacza, że zarzuciłem swoje zainteresowania. Jednak przez ostatnie miesiące coraz mniej czasu mam na przyjemności. Dodatkowo doszło kilka spraw, które mnie nieco ograniczyły fizycznie. Na razie mogę jedynie narzekać. Chociażby w zeszłym roku miałem ambitny plan zaopatrzyć się w narty biegowe by móc trochę pojeździć po zaśnieżonym lesie. Wtedy wstrzymał mnie brak śniegu. Tegoroczna zima okazała się pod tym względem dużo bardziej szczodra. Za oknem śnieg, z nieba śnieg, a ja niestety cierpię na brak wolnego czasu. Trudno, jakoś to muszę przeboleć. Ale jestem przekonany, że wiosną uda mi się w końcu zrealizować coś ciekawego.

127 Godzin – Biografia Arona Ralstona

Cze
18

Trochę czasu minęło odkąd film „127 Godzin” wszedł na ekrany kin. Swojego czasu obejrzałem film (który zresztą mi się spodobał) i postanowiłem przeczytać książkę Arona Ralstona. Żeby było jasne – zaraz po filmie pojawiła się w księgarniach książka, która była „powieścią na podstawie scenariusza” czy jakoś tak. Ja z kolei mówię o „prawdziwej” książce, czyli jego biografii, w oparciu o którą nakręcona film. Aron napisał swoją biografię dawno temu – oryginalna nazwa „Between a Rock and a Hard Place” (2004). Lecz dopiero po wejściu filmu na duży ekran (2010), przetłumaczono ją na kilka języków, w tym na język polski. Tak sobie leżała na półce, aż w końcu znalazłem trochę czasu żeby ją przeczytać. Swoją drogą mam sporą listę rzeczy, które chciałem przeczytać. Ale wracając do 127 Godzin, czytało się ją naprawdę bardzo przyjemnie. Książka napisana jest w formie retrospekcji nieszczęśliwego wypadku, gdzie również Aron wplótł wspomnienia swoich wcześniejszych wypraw. Takie zwykłe opisy przygód z życia wyjętych pozwalają spojrzeć na autora bardziej jak na człowieka, a nie postać z filmu. Można również przeczytać o rzeczach, które w filmie się nie znalazły, bądź umieszczono jedynie ich krótkie symboliczne sceny. Chociażby samo zakończenie historii, które w filmie jest (jak wiadomo) happy endem w pełnej krasie, w książce przedstawione jest nieco głębiej, bowiem Aron opisał komplikacje związane z amputowaniem sobie ręki w niezbyt sterylnych warunkach. Po przeczytaniu książki odnoszę wrażenie, że była ona pewnym uzupełnieniem tego co widziałem w kinie. Niespodzianką było kilka oryginalnych zdjęć, które wykonał Aron podczas swojej hmmm… „przygody”. Jeżeli tylko jesteście fanami ekstremalnych przeżyć i wędrówek, spokojnie mogę wam zagwarantować, że nie będziecie zawiedzeni i powinniście sięgnąć po tą książkę. A jeżeli jeszcze nie obejrzeliście filmu, to szybciutko bo czas leci!

Łuk Eraser

Maj
5

Jakiś czas temu kupiłem sobie łuk (dla amatorów) z ambitnym planem nauczenia się strzelania z łuku na wiosnę. Jeszcze w dzień otrzymania łuku poszedłem go wypróbować i skończyło się to zgubieniem dwóch (z trzech) strzał. Poza tym przekonałem się, że łuk ma nieco większą „moc” niż się spodziewałem. Musiałem zatem dokupić sobie pięć strzał drewnianych, zanim ponownie wznowiłem trening. Co więcej, tym razem przeczytałem kilkudziesięcio stronicowy poradnik dla instruktorów łucznictwa, z którego przyswoiłem sobie sporą dawkę teorii. Teraz w dniach wolnych wybrałem się pod las, żeby nabrać praktyki. Mając sześć strzał przekonałem się, że muszę ponownie uzupełnić zapasy, bo chodzić tak co kilka minut do tarczy wcale nie jest fajne. Nieco później stało się to nie zachcianką, a koniecznością, gdy dwie strzały straciły groty gdzieś terenie, jedna została pozbawiona lotek, a jednak z trzaskiem się rozleciała, gdy trafiłem (prawdopodobnie) w jakiś korzeń. Ale strzelało się bardzo sympatycznie ^^

Deszczowa wiosna w Kampinoskim

Kwi
22

Nareszcie zbliżają się ciepłe weekendy, więc postanowiłem wykorzystać jeden z nich i wybrać się do Kampinosu, w którym ostatnio byłem zimą. Zabrałem ze sobą kolegę, który niechętnie wstał rano, ale jakoś się zmusił. Jak to zwykle on robi, nagrał całą trasę na GPS’ie, dzięki czemu możecie podziwiać trasą, którą udało nam się przebyć. A jak już o niej wspominając, udało mi się w końcu dotrzeć do Roztoki (co ostatniej wyprawy w zimie porzuciłem ze względu na trudną drogę w śniegu) – cała trasa to 32 kilometry. Pełnia wiosny jeszcze nie nadeszła, więc uzbrojony w kurtkę ruszyłem w drogę. Pomimo, iż już na starcie musiałem się nią przepasać, po godzinie 17 nad Kampinos przyszła bardzo mokra i głośna burza, więc okrycie się przydało. Trochę byłem jednak przerażony ilością ludzi, którzy postanowili wybrać się na spacer, bądź przejażdżkę. W okolicach miejscowości było naprawdę sporo osób. Jeszcze przed wejściem do puszczy zastanawiałem się, czy już węże się rozbudziły i jak na zawołanie pierwszą żmiję zygzakowatą spotkałem po 10 minutach, a jeszcze gdzieś tam sunęły po krzakach zaskrońce, ale te nie dały się sfotografować. Zresztą cała puszcza już w znacznym stopniu ożyła po zimowym śnie.